[39.] 🤐 Gorzki sekret Prince Polo, czyli o PRZEMILCZANYM rozdziale historii polskiego batonika

Symboli narodowych można szukać w wielu miejscach:
w motoryzacji – Fiat 126p znany szerzej jako Maluch
w muzyce – Chopin i… Disco Polo
w języku –pozwólcie, że najpopularniejszego polskiego słowa nie będę przytaczać
oraz w słodyczach, bo ta kategoria również ma swojego księcia – batonik Prince Polo. Tego kawalera nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Już sam kolor opakowania wskazuje na to, że mamy do czynienia z ważną osobistością, a przynajmniej produktem, który jeszcze do niedawna godnie reprezentował nas za granicą.

Z odcinka dowiecie się m.in.:
– W jaki sposób Prince Polo zrobiło karierę na Islandii?
– Dlaczego już nie ma Prince Polo na pokładzie samolotów LOT?
– Kiedy i gdzie powstało Prince Polo?
– Kim był Brunon Schramek i jaka jest historia cieszyńskiej fabryki Bracia Schramek Tip Top?

Na dole strony znajduje się transkrypcja odcinka

Linki, które mogą Ci się przydać:

Podcast RADIOaktywny
https://podcastradioaktywny.pl

Instagram
https://www.instagram.com/zmaczne.go/

Facebook
https://www.facebook.com/malgosiazmaczynska

E-mail
podcastradioaktywny@gmail.com

Subskrybuj – słuchaj gdzie chcesz i kiedy chcesz

Zostań Patronem – dołóż swoją cegiełkę!

Źródła:
Lynn B. Schramek “They stole our chocolate factory”, 2001
https://www.portalspozywczy.pl/slodycze-przekaski/wiadomosci/lot-nie-chce-juz-wafelkow-prince-polo-na-pokladzie,171028.html
https://podroze.gazeta.pl/podroze/1,114158,15452911,u-nas-newsem-byl-stan-wojenny-a-u-nich-ze-zabraklo-prince.html
https://www.facebook.com/Przywr%C3%B3%C4%87my-Prince-polo-karmelowe-do-sklep%C3%B3w-346912032469006/

TRANSKRYPCJA

Symboli narodowych można szukać w wielu miejscach:
w motoryzacji – Fiat 126p znany szerzej jako Maluch
w muzyce – Chopin i… Disco Polo
w języku –pozwólcie, że najpopularniejszego polskiego słowa nie będę przytaczać
oraz w słodyczach, bo ta kategoria również ma swojego księcia – batonik Prince Polo.

Tego kawalera nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Już sam kolor opakowania wskazuje na to, że mamy do czynienia z ważną osobistością, a przynajmniej produktem, który jeszcze do niedawna godnie reprezentował nas za granicą. Sytuacja zaczęła się zmieniać się w momencie, kiedy fabryka słodyczy Olza trafiła w ręce obcego kapitału – globalnego koncernu Mondelez, który w swoim portfolio ma m.in. Milkę, Oreo czy Alpen Gold.

Zmiana właściciela zaowocowała m.in. zakończeniem współpracy z Liniami Lotniczymi Lot. Na pokładach samolotów narodowego przewoźnika przez wiele lat częstowano pasażerów właśnie Prince Polo, które miały być symbole tego, co w Polsce najsłodsze. W końcu jednak zarząd zadecydował, że nie jest to już nasz rodzimy produkt i od 1.05.2019r. w obłokach buja Grzesiek, produkowany przez markę Goplana.

Z przejęciem Olzy przez amerykański koncern wiązała się jeszcze jedna zmiana – ze sprzedaży wycofano niektóre smaków Prince Polo. Niestety nie spodobało się jego największym fanom, którzy swoje niezadowolenie wyrażają na fanpage’u Przywróćmy Prince Polo karmelowe do sklepów. Choć admin systematycznie od 26.03.2019r. wrzuca memy wyrażające rozpacz spowodowaną stratą swojego ukochanego batonika – Mondelez do dziś nie wysłuchał woli liczącej już prawie 100 osób społeczności. I tak w ofercie znajdziemy Prince Polo mleczne, orzechowe oraz oryginalne, którego korzenie sięgają 1955r. Właśnie wtedy pierwszy batonik zjechał z linii produkcyjnej Zakładów Przemysłu Cukierniczego Olza w Cieszynie. Swojego księcia na białym koniu… dobra w złotym papierku – możecie znaleźć w sklepach w Czechach, Słowacji, na Węgrzech pod nazwą – Siesta oraz na Islandii, gdzie bezsprzecznie zrobił największą furorę.

Według informacji, które znalazłam w internecie nasz „islandzki sen” rozpoczął się w momencie, kiedy Islandia wyszła do rządu Polski Ludowej z propozycją nawiązania wymiany handlowej. Oni nam śledzie, a my w zamian – dobrze myślicie – wódkę, drewno a i może batonik do tego. Dobry pomysł, jednak realizacja – mistrzostwo. Okazało się bowiem, że aby chronić lokalny przemysł, Islandia nie dopuszczała do wwożenia słodyczy z zewnątrz. Prawdopodobnie tutaj historia wprowadzenia czekoladowego księcia na islandzkie salony miałaby swój koniec, gdyby nie jeden szczegół. Jednym z ulubionych czasowników Polaków jest słowo „kombinować”. W dokumentach handlowych zapisano więc, że Prince Polo to przecież nic innego jak najlepsze polskie biszkopty, których import był już w pełni zgodny z prawem
W ten oto quasi legalny sposób cieszyński baton przez wiele lat miał absolutny monopol wśród słodyczy z zagranicy. W latach 70. ubiegłego wieku przeciętny Islandczyk zjadał w ciągu roku aż kilogram wafelków Prince Polo! Nic jednak dziwnego, skoro sam prezydent Islandii Ólafur Ragnar Grimsson podczas wizyty w Polsce 11 marca 1999 roku przyznał, że “Całe pokolenie Islandczyków wyrosło na dwóch rzeczach – amerykańskiej Coca-Coli i polskim Prince Polo”.
Jeśli słowa głowy państwa nie są dla Was wystarczającym dowodem sukcesu naszego wafelka za granicą, może przekona Was fakt, że jeden z islandzkich muzyków obrał pseudonim Price Polo. Jedni słuchają taco, inni… batonika.

Na wyspę szybciej niż komunikat o stanie wojennym w Polsce, dotarła zatrważająca informacja o wyczerpanych zapasach wafelka w sklepach.

I to wszystko co przygotowałam dla Was w dzisiejszym odcinku. Zapraszam na mój instagram Do usłyszenia już….

Hmm… jakoś szybko przedstawiłam Wam to, co na temat Prince Polo znalazłam w internecie. Skoro jednak wszyscy się już tutaj zebraliśmy, pozwólcie, że opowiem Wam jeszcze jedną historię – historię, na którą niełatwo traficie w internecie, ani tym bardziej nie przeczytacie o niej na oficjalnych stronach producenta Prince Polo. Czas abyście usłyszeli o Braciach Szramek i ich fabryce słodyczy.

Po ostatnim odcinku dotyczącym Kit Kata dostałam kilka wiadomości, żeby tym razem na tapet wziąć naszego polskiego batonika. Zrobiłam więc ankietę, którą przekąską zająć się najpierw -Pringles czy Prince Polo. Wygrał książę, a ja zabrałam się za robienie researchu. Po kilku godzinach czytania na różnych portalach w kółko tych samym informacji, które ewidentnie zostały przygotowane a następnie wysłane do redakcji przez producenta – miałam dość. Prince Polo powstało w 1955r. w fabryce Olza. Zrobiło furorę na Islandii. Nasze dobro narodowe. KONIEC.

Wtedy też pomyślałam, że będzie to najkrótszy podcast, jaki kiedykolwiek powstał, a ja być może po raz ostatni zabieram się za opowiedzenie historii rodzimego produktu. Bo jak już niejednokrotnie wspominałam przy okazji wcześniejszych odcinków – polski internet jest bardzo odtwórczy, redakcje nawzajem kopiują swoje publikacje, ba, nawet tego wysiłku nie podejmują, tylko zamieszczają gotowe notki prasowe.

Mimo wszystko postanowiłam, że tak szybko nie odpuszczę i właśnie wtedy trafiłam na książkę „They stole our chocolate factory”.


Zacznijmy więc ten odcinek jeszcze raz. Jednak tym razem poznacie historię, o której nie mówi się głośno, a już na pewno nie w mainstremowych mediach.

Zanim jednak ruszymy dalej – szybka przypominajka, że na moim Instagramie – ZMACZNE.GO, znajdziecie dodatkowe ciekawostki na tematy rzeczy, które Wam tutaj opowiadam, jak i z zupełnie nowe nieznane historie o bardzo znanych daniach.

Przenieśmy się w czasie o nieco ponad 100 lat do Brna, gdzie mieszkała Camilla Bluemel – córką biznesmena i przedstawiciela handlowego ogromnej fabryki produkującej guziki.

Kamila była bardzo uzdolniona muzycznie i wcześnie zaczęła naukę gry na pianinie. Jej specjalnością były utwory Beethovena, Chopina oraz innych ojców muzyki poważnej. Niestety beztroskie życie dziewczyny skończyło się w 1910r. wraz ze śmiercią jej taty – Leopolda. Bleumelowie byli wzorcowym przykładem tradycyjnego (na tamte czasy) modelu rodziny. Charlotte, mama Kamili, zajmowała się domem i wychowaniem córki, dlatego z chwilą, gdy stała się wdową, sytuacja materialna uległa znacznemu pogorszeniu. Na szczęście dzięki wsparciu ze strony swojego nauczyciela gry na pianinie piętnastolatka nie musiała porzucić swojej największej pasji. W zamian za udzielanie lekcji początkującym w imieniu profesora, on szlifował jej talent na poziomie zaawansowanym.
Wkrótce Kamila była gotowa, aby rozpocząć karierę i ruszyć w trasę koncertową.


W słuchaniu historii osób żyjących kilkadziesiąt lat temu jest pewien haczyk. Często trudno jest się nam z nimi utożsamić, znaleźć coś, co mocno rezonowałoby w obecnych czasach.

Mam jednak coś, co sprawi, że mimo różnicy stu lat stwierdzicie, że Kamila to równa dziewczyna. Kojarzycie rodzinne spotkania przy stole, kiedy babcia mimochodem rzuca pytania: „Kiedy W KOŃCU przyprowadzisz jakieś kawalera lub panienkę”. Powiedzmy, że Pani Bluemel poszła o krok dalej i postanowiła zeswatać swoją córkę z synem majętnego biznesmena, jednocześnie tłumacząc jej, że dalsza nauka jest stratą czasu i lepiej niż magistrem cieszyć się tytułem żony.
I tutaj wchodzi Kamila, cała na biało, mówiąc, że jeśli matka zmusi ją do ślubu z chłopakiem, którego nie kocha, popełni samobójstwo na własnym ślubie. Charlotte skapitulowała.
Jestem przekonana, że gdyby Kamila żyła dzisiaj, w opisie na Instagramie miała podpis – feministka.
Czy dziewczyna została już na zawsze singielką lub jak zostałaby nazwana dawniej – starą panną? Cóż… nie. Zeswatano ją z innym chłopakiem, a decyzja o ślubie została przyspieszona ze względu na chorobę matki, której pozostał rok życia. Jednak tym razem, pomimo nienajlepszego pierwszego wrażenia, pojawiła się chemia między Kamilą a Bruno Schramkiem, kawalerem z Cieszyna. Musimy jednak pamiętać, że nie były to czasy, kiedy Hugh Grant pojawiał się w co drugiej komedii romantycznej, a ludzie zakochiwali się w sobie po pierwszej wymianie „hej” na Tinderze – słowem, nie było romantycznie. Wraz (w najlepszym przypadku) z miłością, szła transakcja. Brunona, równie co aparycja dziewczyny, urzekł jej posag, odpowiadający dzisiejszym 100 000 dollarów. Natomiast Kamilę do związania się z mężczyzną przekonał fakt, że będzie mogła kontynuować swoją karierę muzyczną.
Wkrótce na świecie pojawił się Hans. Trzeba powiedzieć – był szczęściarzem, że właśnie do tej rodziny podrzucił go bocian. Dorastał w pięknym domu, w którym poza miejscem na zabawy w chowanego i bieganie na cukrowym haju, znalazły się również pokoje dla niani oraz pokojówki. Nic mi nie wiadomo o dodatkowej sieni dla szofera, ale tak – również mieli człowieka od jazdy samochodem. Słowem – na bogato. Choć właściwie bogato, to dopiero miało się zrobić.

w 1925r. Bruno wraz ze swoim bratem Wilhelmem uruchomili fabrykę, która mieściła się na parterze budynku należącego do ich matki, Herminy. Bracia Schramek postanowili produkować batoniki składające się z wafelków, kremu z orzechów laskowych, czekolady, kawy i cytryny. Jeśli teraz zastanawiacie się, czy któryś z nich wcześniej pracował w cukiernictwie? Niezupełnie. Skąd więc wiedzieli, jak zrobić takie wafelki? Obejrzeli instruktarzowy film na YouTube?
Och, bądźmy poważni. Zatrudnili 10 pracowników i jednego piekarza, który widział, co z czym i jak połączyć, aby osoby, które zjedzą batonik, doznały kulinarnego orgazmu. Jak się okazało był w tym cholernie dobry, bo wkrótce fabryka produkowała 450 000 gramów wafelków tygodniowo. Ponadto w sklepie firmowym sprzedawano różne czekoladki od lokalnym i zagranicznych producentów (co wcale nie dziwi, bo przecież po drugiej stronie Olzy, przepływającej przez Cieszyn są już Czechy). Po roku działalności, biznes kręcił się tak dobrze, że Schramkowie stwierdzili, że potrzebują zakładu produkcyjnego z prawdziwego zdarzenia.
Budowa ruszyła w 1927r. Pieniądze na inwestycję pochodziły z oszczędności Braci, a także posagów żon obu panów, przede wszystkim Kamili. Za sukcesem każdego mężczyzny, stoi kobieta nabiera zupełnie nowego znaczenia. Fabryka w nowej lokalizacji – przy ulicy Liburnia 15 w Cieszynie, z 100-200 (w zależności od źródła) pracownikami na pokładzie, rozpoczęła działalność jeszcze pod koniec tego samego roku, jednak już oficjalnie pod nazwą Bracia Schramek Tip Top. Dzięki dobrej kadrze managerskiej oraz przedstawicielach handlowych we wszystkich regionach Polski – firma umacniała swoją pozycję, a produkcja systematycznie wzrastała.

W pewnym momencie do ekipy Tip Top dołączył Juliusz Pietschman, kierownik techniczny, który poza uznaniem ze strony pracodawców zdobył również ich sympatię i stał się bliskim przyjacielem Brunona oraz Kamili. Nie jest to informacja, którą przytaczam, aby podkreślić w ten sposób, jak rodzinna była to firma. Zapamiętajcie nazwisko tego pana – Pietschman.

Czyli tak. Mamy świetnie prosperujący biznes; dwóch braci, którzy wspólnie osiągają kolejne sukcesy oraz szczęśliwą rodzinę, w której dorasta sobie Hans. Czy może być lepiej? Nie może.
Ba! W pewnym momencie przestaje być nawet dobrze.

Ponownie możemy odnieść wrażenie, że mimo dzielących nas lat, nie zmieniło się tak wiele i podobne scenariusze zdarzają się nie tylko w telenowelach. Kamila przez długie godziny ćwiczyła grę na pianinie, przygotowując się do koncertów. Bruno natomiast większość dnia spędzał z bratem na doglądaniu biznesu. Małżeństwo zaczęło się od siebie oddalać, a Kamila, dla której Cieszyn nie był rodzinnym domem i nie zawiązała tam bliższych relacji, stawała się coraz bardziej samotna. Pogarszające się relacje między małżonkami nie uszły uwadze bliskich współpracowników oraz rodzinie Brunona. O ile, jak nietrudno się domyślić, bliscy mężczyzny próbowali pomóc parze przejść przez kryzys, o tyle pojawili się życzliwi ludzie, którzy postanowili wykorzystać napiętą sytuację u Schramków.
Gdyby historia, którą zaraz usłyszycie była Modą na sukces, to główna księgowa w fabryce Tip Top zdecydowanie byłaby Brooke. No może bez kilak szczegółów, jak uwiedzenie najpierw syna, potem, ojca, potem powrót do syna a później flirtowanie z jego bratem – co było później – nie wiem, chociaż nie – na pewno całowała się jeszcze z synem swojego drugiego męża. Przestałam oglądać koło 4000. odcinka

Zostawmy jednak zuchwały oraz piękny klan Foresterów i wróćmy do rodziny Schramek. Wspomniana już przeze mnie główna księgowa w firmie Tip Top, widząc jak ciemna chmura wisi nad małżeństwem swojego pracodawcy, posłuchała starego przysłowia „przyjaciół trzymaj blisko, ale wrogów jeszcze bliżej” i zaprzyjaźniła się z małżonkami.
Najpierw zdobyła ich zaufanie, a później uśpiła czujność, przede wszystkim Kamili, której przedstawiła stadko młodych i atrakcyjnych mężczyzn, do towarzystwa… choć to może nie najlepsze sformułowanie, do wspólnego spędzania czasu. W tym samym czasie sama skierowała zaloty w stronę Brunona. Zostały odwzajemnione. Ta sytuacja najlepiej pokazała, że troje jest nie do pary. Romans Pana Schramek zaczął rzutować na całą rodzinę. Zarówno mama jak i brat Wilhelm spędzili wiele godzin na rozmowach z nim, aby się opamiętał i zostawił kochankę. Mimo kilku wcześniejszych nieudanych prób, ostatecznie zakończył romans, a kobieta została zwolniona z fabryki. A po tym wszystkim żyli długo i szczęśliwie?
W zasadzie to ani jedno, ani drugie. Relacje pomiędzy Kamilą a Brunonem nie uległy poprawie, a ze względu na Wielką Depresję z początku lat 30. XX w. sytuacja w firmie zaczęła się pogarszać. Oczywiście odbiło się to na ich stopie życia. Byli zmuszeni do sprzedaży kamienicy i przeprowadzenia się do innego mieszkania. Jakby tego było mało, ukochana niania Hansa Stephie odeszła, a na jej miejscu pojawiła się inna opiekunka.
Jednak to nie była jedyna strata, z którą musiał zmierzyć się chłopiec. W grudniu 1932r. ze względu na infekcję, która wdała się po operacji usunięcia kamieni nerkowych, Brunon Schramek zmarł w wieku 45 lat.

Jeśli macie pod ręką coś słodkiego – do zjedzenia lub pogłaskania, polecam to teraz zrobić, bo niestety najczarniejszy rozdział tej historii dopiero przed nami.
Czekolada zjedzona? Pieseł lub koteł pogłaskany? Dobrze, idziemy dalej.

Odnoszę wrażenie, że gdyby o rodzinie Schramek usłyszał jeden z amerykańskich scenarzystów, byłby pod niemałym wrażeniem, że historia ta nie wymaga żadnego podrasowania, poziom intryg zawstydza nawet wspomnianą już wcześniej Modę na sukces.

Już nie buduj takiego napięcia. Co mogło się stać, brat przywłaszczył sobie wartą 250 000 $ polisę brata, ogłosił siebie oficjalnym opiekunek Hansa i pozbawił wdowę jakichkolwiek praw do fabryki?

yyy dokładnie.

Informację o zmianach w testamencie małżonka Kamila usłyszała dopiero kilka dni po pogrzebie, w czasie spotkania u prawnika. Wtedy to okazała się, że kiedy Brunon półprzytomny leżał w szpitalu, odwiedził go Wilhelm wraz ze swoim adwokatem i podsunęli umierającemu papiery do podpisania.

W konsekwencji, Wilhelm odebrał Kamili wszystko – fabrykę, pieniądze z polisy męża, a nawet syna, o losie którego mógł decydować aż ten ukończy 21 lat. Wówczas też Hans miał uzyskać częściowe prawo do fabryki. Do tego czasu stryj zobligował się łożyć na jego utrzymanie 200$ miesięcznie, chyba że ta wyszłaby ponownie za mąż, wówczas nie otrzyma ani grosza. 
W porządku, zachował się jak dupek, ale jednak nie zostawił jej bez grosza… zostawił. Po dwóch miesiącach płacenia alimentów. Na szczęście Kamila w młodości nie posłuchała matki i nie ograniczyła się do roli żony, lecz postawiła na dokształcanie i dzięki temu, teraz była w stanie utrzymać siebie oraz syna z pieniędzy z koncertów.

Przypomnę Wam tylko, że wydarzenia, o których teraz Wam opowiadam miały miejsce w latach 30. ubiegłego wieku, co oznacza, że z każdą minutą zbliżamy się do roku, który niechlubnie zapisał się na kartach historii. Zanim jednak dojdziemy do 1939r., jest jeszcze jedna informacja, o której dotychczas Wam nie wspominałam, a powinnam. Schramek to żydowskie nazwisko.

Być może Wy również na lekcjach historii w szkole nie raz myśleliście sobie: „Kurcze, czy Ci wszyscy ludzie naprawę nie wiedzieli, co się święci? Dlaczego nic nie zrobili, nie uciekli?”

W przypadku Schramków odpowiedź jest prosta, bo wuj Wilhelm na słowa Hansa, żeby sprzedać fabrykę i za otrzymane pieniądze uciec do Anglii – reagował złością i zapewniał, że ŻADNEJ WOJNY NIE BĘDZIE. Niepoprawny optymista? Bynajmniej. Zapatrzony w pieniądze cwaniak, który uważał, że sprzedaż byłaby nierentowna.
Nie przyglądał się jednak bezczynnie, pogarszającej się z każdym miesiącem, sytuacji. Rok przed wybuchem wojny udał się na wycieczkę do Palestyny, gdzie spieniężył swoją wartą 100 000$ kolekcję znaczków pocztowych, a następnie ulokował oszczędności w tamtejszym banku. Kilka dni przed inwazją Hitlera na Polskę, wybrał z firmowego konta kilkadziesiąt tysięcy dolarów, spakował swój dobytek i wraz z rodziną uciekł do Krakowa, a następnie do Lwowa. Czekaj, czekaj. Zabrał Hansa, a Kamilę zostawił samą na pastwę zbliżających się nazistów. Nie. Zostawił ją z Hansem, w końcu to nie jego syn i nie jego problem.

Wraz z atakiem hitlerowców na Cieszyn o 9 rano 1.09.1939r., fabryka Braci Schramek Tip Top przeszła w ręce III Rzeszy. Kto jednak dowodził firmą, skoro Bruno nie żył, a Wilhelm uciekł? Juliusz Pietschman.
A mówiłam, żebyście zapamiętali tego pana. Pana, który okazał się sprzymierzeńcem nazistów i za ich namową powrócił do fabryki po tym, jak odszedł z niej dwa lata wcześniej przez konflikt z Wilhelmem. Kiedy Europa mierzył się w drugą wojną światową, Tip Top działało na najwyższych obrotach – 500 pracowników pracowało na trzy zmiany.

Hans wraz z matką zostali wyrzuceni z domu i przetransportowani od tymczasowego getta w Sosnowcu. Ponieważ byli osobami z zewnątrz, przyjezdnymi, a ponadto nie mówili w języku jidysz – nie zostali miło przyjęci – jeśli w ogóle można tak powiedzieć w kontekście getta – przez innych Żydów, którzy tam przebywali. W konsekwencji po pięciu miesiącach pobytu w Sosnowcu zostali wytypowani do opuszczenia getta i skierowani do obozu pracy, bo właśnie tak o Auschwitz wypowiadali się naziści. Zaraz po przekroczeniu bram obozu zostali rozdzieleni.

O tym, jak wyglądała ich codzienność nie muszę Wam opowiadać. W całym jednak tym nieszczęściu, 20 już letni Hans miał odrobinę szczęścia. Ponieważ był młody i w sile wieku został przydzielony do prac ogrodniczych. Nadzorujący go cappo traktował go nie najgorzej, relatywnie rzadko stosował kary cielesne. Po pewnym czasie otrzymał informację, że w zamian za dobrą prace zostaje przeniesiony do innego obozu, będącego niemal ośrodkiem wakacyjnym. Trzeba przyznać, że naziści mieli naprawdę spaczony światopogląd na wszystko, w tym wakacje. Choć Hansowi nie do końca pomysł ten przypadł do gustu, przede wszystkim dlatego, że nie chciał zostawiać matki w Auschwitz samej, nawet jeśli nie widział jej od momentu przyjazdu do obozu, nie miał wyboru. Został przeniesiony do Ebenesee w Austrii. Okazało się jednak, że trafił tam dzięki swojemu koledze ze szkolnych lat, który dzięki znajomości kilku języków awansował w niemieckich służbach specjalnych. Ponieważ nie mógł przywrócić staremu kumplowi wolności, zadbał przynajmniej o to, aby opuścił Auschwitz, które wkrótce miało stać się obozem zagłady.
Życie w Ebenesee nie przypominało wakacji. Wielu z więźniów zaharowywało się na śmierć. Hans pomimo wycieńczonego i niedożywionego organizmu, nie poddał się. Jego największą motywacją do życia okazał się informacja, że Pani Schramek została przetransportowana z Auschwitz do innego obozu i wciąż żyje. Spotkali się dopiero w 1945r. w Wiedniu, gdzie oboje trafili po uwolnieniu. W późniejszych latach, przy pomocy organizacji Hagana próbowali przedostać się do Palestyny. Starania te nie przyniosły skutku i w międzyczasie wylądowali w Mediolanie, gdzie finalnie spędzili 5 lat, podczas których Hans zdobył tytuł doktorski. 12 września 1950r. przypłynęli do Nowego Jorku, a następnie dotarli do Cleveland, gdzie mieli rozpocząć nowe życie. Rozpoczęli. Oboje znaleźli dobrą pracę, po pewnym czasie kupili dom a Hans odnalazł miłość swojego życia – Renee Globus. Czy to jest w końcu moment, kiedy można powiedzieć, że żyli długo i szczęśliwie? Taaak? No wiecie nie zawsze było kolorowe, myślę jednak, że w porównaniu od koszmaru, który zgotował im Hitler nie było już tak źle.

No dobrze. Pozostaje nam jeszcze jednak drobna kwestia. Dlaczego właściwie opowiedziałam Wam to wszystko. Podcast miał dotyczyć Prince Polo, a tymczasem przez kilkanaście minut słuchaliście historii żydowskiej rodziny z Cieszyna.
Bo widzicie. Nie jedlibyście dziś Prince Polo, gdyby nie Fabryka Braci Schramek Tip Top. To właśnie z niej, po połączeniu z jeszcze jedną fabryką słodyczy z Cieszyna „Dea” lub „Delta” – w zależności od źródeł – powstała Olza.
I tak naprawdę, o tym jak do tego doszło i jak niesprawiedliwe było to działanie mogłabym opowiadać przez kolejnych kilkadziesiąt minut. Książka „They stole our chocolate factory, dzięki której mogliśmy poznać tę historia została napisana przez Lynn Schramek, żonę Bradleya – syna Hansa. Anglojęzyczne wydanie, na którym bazowałam zostało wydane w 2001r. jako zapis wspomnień, które Lynn udało się wyciągnąć od teścia. Celowo użyłam słowa „wyciągnąć”, ponieważ Hans postanowił odciąć się przeszłości, tematu fabryki, którą najpierw skradli Niemcy, a później Polacy.

No właśnie – Polacy. Kamila zaraz po wyzwoleniu udała się do Cieszyna, aby dowiedzieć się, w jakim stanie jest ich fabryka. Okazało się, że pomimo prowadzonych działań zbrojnych, a później wyzwoleńczych budynek wraz ze sprzętem są w naprawdę niezłym stanie. Jednak to był jedyny powód do radości. Pomimo wynajęcia prawników, rodzina była bezsilna. Zgodnie z wprowadzonym rozporządzeniem wszystkie firmy, które 1.09.1939r. zatrudniały przynajmniej 50 pracowników na jednej zmianie, zostały znacjonalizowane przez polski rząd i ich zwrócenie pierwotnym właścicielom nie wchodziło w grę. Jedyna nadzieja pozostawała wypłacie zadośćuczynienia. I tutaj znów przypomnijcie sobie nazwisko człowieka, który mówiłam, że jeszcze nie raz pojawi się w tej historii. Tak, chodzi o Juliusza Pietschmanna. W 1943r. mężczyzna dobił targu z Niemcami i za 100 000 marek odkupił fabrykę, stając się jej jedynym właścicielem. Właśnie wtedy Schramkowie postanowili raz na zawsze zamknąć temat fabryki i rozpocząć nowe życie.
Ej, ale co w tym złego, przecież nie miał pewności, że oryginalni właściciela żyją, więc dobrze, że zajął się firmą. Jest tylko mały szkopuł. Zostały sfałszowane dokumenty. Zgodnie z nimi Pietschmann odkupił fabrykę od Brunona Schramka, a biorąc pod uwagę, że w 1943r. nie żył on już od 11 lat, jest to dość wątpliwa transakcja. Tym samym Tip Top zostało odkupione od kogoś, do kogo wcale nie należał – patrz III Rzesza, co oznacza, że transakcja jest nieważna i fabryka pozostaje w rękach Schramków. Jednak tego wszystkiego rodzina miała się dowiedzieć dopiero za kilkadziesiąt lat.
Sprawa powróciła w 1991r., kiedy dorosły już Bradley natrafił w Columbus Dispatch, gazecie wydawanej w Ohio, na ogłoszenie zachęcające Amerykanów do inwestowania w państwach byłego Układu Warszawskiego, które po upadku komunizmu w końcu mają wolny rynek, który trzeba zapełnić nowymi produktami i usługami. Pojawiły się również informacje o planowanej reprywatyzacji wielu przedsiębiorstw. Była więc to szansa na odzyskanie straconej własności. Niedługo po ich rozmowie odezwał się Alfred Schramek, syn Wilhelma, który poinformował, że już zatrudnił prawnika i zamierza odzyskać Tip Top. Patowość sytuacji wraz z dowodami na to, jak kuzyn Hansa wdał się w ojca jest opisana przez Lynn na kolejnych kilkudziesięciu stronach. W dużym skrócie nie otrzymali od państwa ani złotówki rekompensaty. Choć ustanowiono przepisy zgodnie, z którymi rząd wypłacałby odszkodowania za prywatyzację fabryk przed rząd Polski Ludowej – Schramkowie nie spełniali wymaganych kryteriów. Co to oznacza? A na przykład to, że pieniądze przysługiwały obywatelom polskim mieszkającym na terenie kraju lub przebywającym za granicą, ale planującym powrót do Polski.

Biorąc pod uwagę, że Hans miał wówczas już ponad 70 lat i nowe życie w USA opcja ta nie wchodziła w grę.
W momencie, gdy fabryka została odsprzedana firmie Kraft, która później zmieniła nazwę na Mondelez, rodzinka Schramek zwróciła się od nich i opowiedziała swoją historię. Niestety, choć z drugiej strony trudno się dziwić, koncern odpowiedział, że on od państwa polskiego odkupił Olzę zgodnie z prawem w związku z czym, wszelkie roszczenia powinny być kierowane właśnie do rządu.

Z moich informacji wynika, że pomimo upływu prawie 20 lat od wydania książki (2 lat temu pojawiła się polska wersja) niewiele się zmieniło w kwestii rekompensaty za prywatyzację.

Choć zapowiadało się tak:

Finalnie powstał z tego kawał materiału, z którego nie ukrywam jestem całkiem zadowolona. Spędziła na researchu kilka tygodni. Wciąż natrafiałam na kolejne informacje, przez które jeszcze szerzej otwierałam oczy i o wielu z nich nie zdążyłam dzisiaj wspomnieć. Jak na przykład ta dotycząca koncernu Kraft – obecnie Mondelez. Okazuje się, że on również skrywa niejedną historię. Wspominałam także o cieszyńskiej fabryce „Delta”, z której po połączeniu z fabryką Tip Top – stworzono Olzę. Trafiłam na jej trop właściwie przypadkiem, bo nie pojawia się ona w książce, ani tym bardziej na stronie Olzy, czy nawet Wikipedii poświęconej Prince Polo! Niemniej okazuje się, że tamta historia jest równie jak nie i bardziej pokręcona i łączy się z kolei z inną znaną firmą.

Jak wspominałam na wstępie, początkowo historia Prince Polo wydawał mi się mało ciekawa i niewarta poświęcenia jej całego odcinka. Gdy jednak trafiłam na ślad Fabryki Braci Schamek Tip Top wówczas jeszcze mocniej niż zwykle, zapragnęłam opowiedzieć Wam tę historię. Przede wszystkim dlatego, żeby choć w ten sposób – przez pamięć – zrekompensować tej rodzinie ich stratę. Strasznie mnie bowiem wkurzyło, że nie dość, że nie dostali ani złotówki, to nawet słowem nie wspomina się o nich na oficjalnej stronie firmy czy nawet Wikipedii! Tym bardziej, że już informacja, o tym, że korzenie firmy sięgają lat 20. XX w. – co oczywiście ma podbić wizerunek marki z długą tradycją i historią, szkoda jednak, że ta historia jest wybiórcza.

Mam nadzieję, że wysłuchaliście do końca i od dziś nieco inaczej spojrzycie na naszego złotego księcia. Jeśli chcielibyście usłyszeć więcej podobnych historii, jak np. co takiego zaintrygowało mnie w kontekście Mondelez lub o co chodzi z tą „Deltą” – puśćcie podcast dalej. Czy to udostępniając go na instastories, czy polecając go swoim znajomym (lub wrogom). Dzięki temu ZMACZNEGO będzie rosło w siłę, a ja będę miała argument dla mamy, że tydzień z życia, kiedy w tym czasie mogłabym robić coś, co pozwoli mi zapłacić za jedzenie czy mieszkanie – nie jest stratą czasu. Jeśli jednak już teraz chcielibyście zadbać o to, żebym miała za co kupić sobie batonika, którego historię właśnie poznaliście, to zapraszam Was na patronite.pl/zmacznego, gdzie możecie postawić mi wirtualną kawę i zostać moim Patronem. Na koniec przypominajka, że na moim Instagramie – ZMACZNE.GO, znajdziecie dodatkowe ciekawostki na tematy rzeczy, które Wam tutaj opowiadam, jak i zupełnie nowe nieznane historie o bardzo znanych daniach.

Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz