[112.] La dolce vita po polsku

Tak samo jak nagłówek, brzmi tytuł wspaniałej książki (Anny J.Dudek), którą miałam przyjemność czytać w czasie wakacji. Dzięki niej poznałam historie Polaków mieszkających we Włoszech oraz Włochów mieszkających w Polsce. Bohaterowie dzielą się z nami przemyśleniami o życiu w obu tych krajach; jakie są podobieństwa a jakie różnice? Każda z osób zdradza również swoje sposoby na to, jak żyć po włosku w Polsce. Chociaż uważam, że książka jest fantastyczna i pozwala przenieść się myślami do gorącej Italii, to jednak czytając ją czułam niemal fizyczny ból.
Naprawdę, po raz pierwszy poczułam tak ogromną tęsknotę do tego kraju.
 

Processed with MOLDIV

Jak to możliwe, przecież byłam tam tylko dwukrotnie – raz, świeżo po przedszkolu, z rodzicami i po raz drugi – 2 lata temu na miesięcznym kontrakcie w Mediolanie. Nie można tęsknić za czymś, czego prawie się nie zna, a jednak. Chociaż byłam tam krótko, zdążyłam się zakochać: w kraju, ludziach, kulturze i języku, którego nawet zaczęłam się uczyć. 

Słowem, zapragnęłam włoskiego życia. Chyba nikt z nas nie lubi żyć z poczuciem bólu, dlatego wiedziałam, że prędzej czy później muszę z nim zawalczyć. Okazja nadarzyła się na początku sierpnia, kiedy to bardzo intensywnie zaczęłam przeglądać strony z biletami lotniczymi. Najlepsza oferta, którą znalazłam to dwudniowy wypad pod koniec września. Nie czekając długo, złapałam do ręki telefon i wykręciłam numer do Julii. Po krótkiej rozmowie, podczas której musiałam przekonać moją współtowarzyszkę do szybkich, rzymskich wakacji – kliknęłam rezerwuj i podekscytowana bardziej niż przed Gwiazdką, zaczęłam odliczać dni do wylotu.img_8379
img_8316

Teraz powinnam poświęcić akapit moim przygotowaniom i snuciu planów na wyjazd. Musicie mi jednak wybaczyć – nie zrobię tego. Wycieczka wycieczką, ale żeby móc sobie na nią pozwolić, trzeba pracować. Ostatnie kilka tygodni to był szalony czas, pełen zwrotów akcji, ważnych decyzji i dużych zmian. Wyjazd do stolicy Włoch spadł na dalszy plan i pojawił się jedynie wówczas, gdy musiałam zarezerwować nocleg. Nie zrobiłam żadnej listy miejsc, które muszę odwiedzić ani rzeczy wartych zobaczenia – to była działka J. Po mojej stronie była logistyka – lot, hotel, dojazdy i lunch boxy na lotnisko 😀
Pakownie również zajęło mi niewiele czasu – 10min. Plan był prosty: wziąć wygodne ubrania, w których będę się dobrze komponowała z pięknym Rzymem. Postawiłam więc na proste kroje w odcieniach czerni i szarości. 

W końcu nadszedł dzień i pora wyjazdu – dokładnie tydzień temu o 20:40  wyleciałyśmy z lotniska w Modlinie i rozpoczęłyśmy nasze ekspresowe rzymskie wakacje.

img_8276
img_8260
img_8351

Po nocnym spacerze w poszukiwaniu hostelu, w końcu trafiłyśmy do tajemniczego miejsca: Diverso da chi?, w którym spędziłyśmy najbliższe noce.
Choć poszłyśmy spać przed 2, nie było czasu na sen – pobudka o 6 i w miasto. Ok, najpierw było prawdziwe włoskie śniadanie w barze naprzeciwko – espresso i cornetto. Ja wybrałam samą kawę, natomiast J. wypiła prawdziwe cappuccino i zagryzła je naszymi rogalikami.
Moje śniadanie, choć pyszne, prezentowało się mniej okazale – banan, jogurt sojowy oraz pistacje, prosto z supermarketu.
img_8162
img_8175
img_8221
img_8204
Rzym zwiedziłyśmy właściwie w jeden dzień. Przeszłyśmy prawie całe miasto, oglądając najważniejsze i najpiękniejsze zabytki. Pokonałyśmy około 23km, ani razu nie korzystając z komunikacji miejskiej. Choć może wydawać się to sporo, osobiście nie czułam specjalnie pokonanego dystansu. Nigdzie się nie spieszyłyśmy, nikt nas do niczego nie zmuszał. Chciałyśmy, mimo ograniczonego czasu, pożyć życiem Rzymianina – nie turysty. Dlatego robiłyśmy i chodziłyśmy tam, gdzie miałyśmy ochotę. 
Chociaż myślałam, że podczas pobytu w stolicy Pizzy zjem więcej, ostatecznie skosztowałam tylko kilka dań. Co wylądowało na moim talerzu? Pierwszego dnia: foccacia z cukinią sprzedawana na kawałki; pyszna pizza wegetariańska; prosecco oraz bruschetta w ramach apperitivo, drugiego dnia: włoskie empanadas ze szpinakiem oraz parmezanem, lampka wina da casa oraz limoncello (cudowe! polska cytrynówka powinna czuć się mocno zawstydzona); a także danie na którym najbardziej mi zależało – caprese z prawdziwą mozzarellą! Zdecydowanie warto było dla niego przyjechać do Włoch!
img_8298
Pizza Vegetarian w PizzaRe
img_84051
Włoskie empanadas w Taba Cafe na Campo de Fiori

 

img_8408
Caprese di buffalo w Taba Cafe
img_8421
Limocello w Cucina e Cantina
Po kilku przygodach, wylądowałyśmy z powrotem w Modlinie, w środę o 20.40. Jak widzicie był to ekspresowy wypad, pod hasłem “Rzym w 1,5 doby. Chociaż nie zwiedziłyśmy żadnego muzeum ani galerii, jestem bardzo zadowolona. Mimo panującej u nas jesieni, mogłam na chwilę wyrwać się do wiecznego miasta, aby znów poczuć gorące słońce i naładować akumulatory. I wiecie co? Szczerze je naładowałam! Wróciłam gotowa do czekających mnie wyzwań i co ciekawe, wdzięczna za naszą polską kuchnię (w jej zdrowszym wydaniu) pełną kasz i pysznych warzyw.
A presto Roma… do zobaczenia następnym razem!
img_8330
Print Friendly, PDF & Email

Jedna myśl na temat “[112.] La dolce vita po polsku

Dodaj komentarz